Elena Rinnes ma 14 lat. Przed przybyciem do sierocińca mieszkała na drugim końcu Anglii. Jej rodzice nie byli bogaci, ojciec był narkomanem, matka zaś zamknięta jest teraz w szpitalu psychiatrycznym. Elena nie ma ŻADNEJ rodziny, prócz swojej chorej matki. Nie miała rodzeństwa.
Usta jej są wymowne i duże, ślicznej brzoskwiniowej barwy. Oczy są przeciętne, koloru kasztanowego. Bardzo długie rzęsy są jej rzeczą charakterystyczną. Jej włosy są koloru miedzianego, nieprzyzwoicie długie, falowane. Na policzkach ma dołeczki. W sierocińcu jest od lat siedmiu, ale nadal nie znalazła przyjaciółki. Później zaprzyjaźni się z Rozalią.
Elena jest miła, przyzwoita i grzeczna. Jej charakter jest jednak wybuchowy, niekiedy zdarzy jej się nie pohamować emocji. Jest bardzo pomocna, troskliwa i opiekuńcza, zarazem bardzo ciekawa. Na ogół jest odważna, czasami ma momenty, kiedy nie może wydusić nawet jednego słowa. Jej pasją jest śpiew, ma prześliczny głos. Początkowo pokój dzieliła z młodszą od siebie dziewczyną - Noemi, która aktualnie już nie mieszka w sierocińcu, okazało się, że posiada ciotkę w Polsce.
Elena, kiedy mieszkała jeszcze z rodzicami, od 5. roku życia grała na fortepianie, ale niestety dwa lata później musiała zaprzestać. Jest wzorem dla dzieci młodszych w sierocińcu, bardzo przejmuje się ich losem i stara się jak najwięcej przy nich być.
Jej ulubienicą jest trzyletnia Minnie.
Słowo natchnione marzeniem
piątek, 21 października 2011
środa, 19 października 2011
II - Oczami Eleny -
- Ciekawe, jak wyglądali moi rodzice? - zapisałam w pamiętniku.- Matka miała na imię Kordelia, całkiem ciekawie. Ojciec miał na imię Zachariasz, paskudne imię.
Nagle dało się słyszeć kroki na korytarzu, więc ciekawie wyjrzałam. Zauważyłam dwie idące postacie, jedna wysoka, w czerni,z jasnymi włosami, druga nieco niższa, chuda jak szapa. Czyżby Diana i Rozalia? Hm, nigdy o tej porze nikt nie chodził po tym starym budynku, chyba, że któraś z opiekunek.
- Cóż, skoro one wyszły, to i ja wyjdę.- i wyszłam.
Można byłoby powiedzieć, że je śledziłam. Poszły do łazienki.
Zamknęły się w niej.
- Przecież nie wejdę tam. Co one mogą tam robić? Może... może... Wiem! Popatrzę przez dziurkę od klucza.
Diana z szatańskim uśmiechem na ustach wyciągnęła coś z kieszeni w swoim płaszczu. Był to worek z białym prochem. Wiedziałam dobrze, co to...
Rozalia, jak zahipnotyzowana wzięła do ręki i schowała do kieszeni koszuli nocnej. Diana uśmiechnięta zaczęła iść w kierunku drzwi. Schowałam się za rogiem... ale za sobą usłyszałam kroki!
Szybko wbiegłam do łazienki. Rozalia jeszcze tam była. Podeszłam do niej chwytając ją za ramiona.
- Ogłupiałaś?!
- O co ci chodzi? - powiedziała z wyrzutem.
Potrząsłam nią. Już chyba zrozumiała.
-Chodź. - szepnęłam. Posłusznie poszła za mną. Dziwnie się zachowywała. Kiedy doszłyśmy do jej pokoju, weszłam tam razem z nią.
- Co dała ci Diana? - zapytałam, choć wiedziałam dobrze, co to było.
- To. - Rozalia pokazała mi worek.
Otworzyłam worek i wsypałam zawartość do kosza.
- Tak to się robi. - powiedziałam zimnym głosem. Nienawidziłam prochów. Podobno mój ojciec był uzależniony i dlatego zmarł.
Na dworze padał deszcz, wiatr szeptał cicho. Rozalia nic nie mówiąc zgasiła światło, a ja wyszłam. Na korytarzu... spotkałam pannę Handren.
- Co ty tu robisz, moje dziecko? - powiedziała szorstkim głosem.
Odrzuciłam do tyłu falowane włosy i zamrugałam powiekami. Usta miałam otwarte, a drobne ręce zaciśnięte w pięści. Nie zdołałam wykrztusić słowa, zazwyczaj wytłumaczyłabym się jakoś, ale teraz po prostu nie potrafiłam. Wiedziałam, że mi nie uwierzy w żadne kłamstwo, a prawdy oczywiście jej nie powiem.
- Do pokoju! - powiedziała przez zaciśnięte zęby wskazując kościstym palcem na drzwi mojego pokoju. Szybkim krokiem spełniłam jej polecenie i ze łzami w oczach położyłam się w łóżku.
- Boję się. żeby tylko nie wyciągnęła z tego konsekwencji, jak zawsze...
Błagam, tylko nie to!
Nagle dało się słyszeć kroki na korytarzu, więc ciekawie wyjrzałam. Zauważyłam dwie idące postacie, jedna wysoka, w czerni,z jasnymi włosami, druga nieco niższa, chuda jak szapa. Czyżby Diana i Rozalia? Hm, nigdy o tej porze nikt nie chodził po tym starym budynku, chyba, że któraś z opiekunek.
- Cóż, skoro one wyszły, to i ja wyjdę.- i wyszłam.
Można byłoby powiedzieć, że je śledziłam. Poszły do łazienki.
Zamknęły się w niej.
- Przecież nie wejdę tam. Co one mogą tam robić? Może... może... Wiem! Popatrzę przez dziurkę od klucza.
Diana z szatańskim uśmiechem na ustach wyciągnęła coś z kieszeni w swoim płaszczu. Był to worek z białym prochem. Wiedziałam dobrze, co to...
Rozalia, jak zahipnotyzowana wzięła do ręki i schowała do kieszeni koszuli nocnej. Diana uśmiechnięta zaczęła iść w kierunku drzwi. Schowałam się za rogiem... ale za sobą usłyszałam kroki!
Szybko wbiegłam do łazienki. Rozalia jeszcze tam była. Podeszłam do niej chwytając ją za ramiona.
- Ogłupiałaś?!
- O co ci chodzi? - powiedziała z wyrzutem.
Potrząsłam nią. Już chyba zrozumiała.
-Chodź. - szepnęłam. Posłusznie poszła za mną. Dziwnie się zachowywała. Kiedy doszłyśmy do jej pokoju, weszłam tam razem z nią.
- Co dała ci Diana? - zapytałam, choć wiedziałam dobrze, co to było.
- To. - Rozalia pokazała mi worek.
Otworzyłam worek i wsypałam zawartość do kosza.
- Tak to się robi. - powiedziałam zimnym głosem. Nienawidziłam prochów. Podobno mój ojciec był uzależniony i dlatego zmarł.
Na dworze padał deszcz, wiatr szeptał cicho. Rozalia nic nie mówiąc zgasiła światło, a ja wyszłam. Na korytarzu... spotkałam pannę Handren.
- Co ty tu robisz, moje dziecko? - powiedziała szorstkim głosem.
Odrzuciłam do tyłu falowane włosy i zamrugałam powiekami. Usta miałam otwarte, a drobne ręce zaciśnięte w pięści. Nie zdołałam wykrztusić słowa, zazwyczaj wytłumaczyłabym się jakoś, ale teraz po prostu nie potrafiłam. Wiedziałam, że mi nie uwierzy w żadne kłamstwo, a prawdy oczywiście jej nie powiem.
- Do pokoju! - powiedziała przez zaciśnięte zęby wskazując kościstym palcem na drzwi mojego pokoju. Szybkim krokiem spełniłam jej polecenie i ze łzami w oczach położyłam się w łóżku.
- Boję się. żeby tylko nie wyciągnęła z tego konsekwencji, jak zawsze...
Błagam, tylko nie to!
wtorek, 18 października 2011
I - Oczami Rozalii -
- Gdyby tylko była już wiosna... - szepnęłam cicho odsuwając delikatne, zielone firanki. Na dworze hulał wiatr, szarpiąc gałęzie, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy, że może zaszkodzić ich pięknu. Westchnięciem wyraziłam szczerą niechęć. Nie chciałam, żeby kolejna sobota była nudna i zimna, żeby wiatr i deszcz zepsuł WSZYSTKO.
Rozgarnęłam ciemne włosy i związałam je w kształtny koczek. Zamknęłam na moment powieki zapominając o całym świecie. Nagle... pukanie.
- Słucham? - zapytałam nieśmiało.
- Rozalio! - krzyknął ktoś, a tym "ktosiem" była niejaka panna Handern. Myślała, biedna, że długie suknie są nadal w modzie.
- Słucham? - zapytałam już bardziej odważnie.
Drzwi otworzyły się z rozmachem, a w nich stanęła owa panna Handern w długiej sukni.
- Rozalio Deags! - powiedziała, a raczej krzyknęła. Krzyczała ciągle, miała pewnie już naciągnięte struny głosowe. - Czy panna Deags zdaje sobie sprawę, że cały sierociniec czeka na pannę w jadalni, czy panna zdaje sobie sprawę?!
- Nie, nie zdaję.- odwróciłam wzrok ku oknie.
- Mamy za dwanaście i pół roku wiek dwudziesty pierwszy, Rozalio. Powinnaś wiedzieć, że istnieją budziki.
- Szkoda tylko, że ten, który dostałam OD WAS, zepsuł się! - wykrzyczałam ze złością.
Panna Handern tylko popatrzyła się z pogardą i wyszła trzaskając drzwiami.
Ubrałam się pospiesznie w sukienkę po kolana - każda z wychowanków powinna nosić sukienki do kolan. Jeśli akurat są brudne, mogą raz w tygodniu ubrać się w ciuchy, które są wygodne. Ja już wykorzystałam tę szansę we środę.
Pośpiesznie zbiegłam po wąskich schodach i rozpędzona wpadłam w drzwi jadalni.
Otworzyłam je szybko - moje miejsce było zajęte!
Wszyscy jedli, jeden Alex zwrócił na mnie uwagę - jest to mój kuzyn, który również został oddany do sierocińca.
Usiadłam obok Diany, rzucając szybkie "Cześć".
Za oknem szalała wichura. Liście akurat zerwane przez wiatr latały wte i we wte.
***
Drzwi odezwały się głośnym skrzypnięciem. Weszłam do pokoju rzucając się na łóżko.
Nasz sierociniec to mroczne miejsce kryjące wiele tajemnic. Pokoje nie są wspaniałe, ale też nie są najgorsze. Łóżko z sosnowego drzewa odzywa się przy każdym poruszeniu się, biała kołdra w niebieskie kwiatki ma swoje miejsce w szafie, ale ja nigdy nie robię tego, jak należy. Biurko, również sosnowe ma dwie szufladki, na książki, zeszyty do szkoły. Cóż, u mnie i tak mają swoje miejsce na nocnej szafce...
Słońce zbliżało się ku zachodowi, rzucało jeszcze ostatnie promyki w stronę okna.
Delikatne promienie prześwitywały przez zielone firanki, cichły ostatnie głosy.
Teraz każdy ma czas dla siebie, zakaz wychodzenia.
W drzwi ktoś zapukał.
-O tej porze? - pomyślałam.
-Tu Diana.
Otworzyłam drzwi. Stała w nich rzeczywiście Diana, ale jakaś... dziwna.
Ubrana na czarno, blond włosy rozpuszczone (zwykle miała warkocz.)
Wsłuchałam się w ciszę wpatrując się w owe, dziwne zjawisko.
-Chodź ze mną - szepnęła mi prosto do ucha.
Czułam się, jakbym była zahipnotyzowana. Poszłam.
Rozgarnęłam ciemne włosy i związałam je w kształtny koczek. Zamknęłam na moment powieki zapominając o całym świecie. Nagle... pukanie.
- Słucham? - zapytałam nieśmiało.
- Rozalio! - krzyknął ktoś, a tym "ktosiem" była niejaka panna Handern. Myślała, biedna, że długie suknie są nadal w modzie.
- Słucham? - zapytałam już bardziej odważnie.
Drzwi otworzyły się z rozmachem, a w nich stanęła owa panna Handern w długiej sukni.
- Rozalio Deags! - powiedziała, a raczej krzyknęła. Krzyczała ciągle, miała pewnie już naciągnięte struny głosowe. - Czy panna Deags zdaje sobie sprawę, że cały sierociniec czeka na pannę w jadalni, czy panna zdaje sobie sprawę?!
- Nie, nie zdaję.- odwróciłam wzrok ku oknie.
- Mamy za dwanaście i pół roku wiek dwudziesty pierwszy, Rozalio. Powinnaś wiedzieć, że istnieją budziki.
- Szkoda tylko, że ten, który dostałam OD WAS, zepsuł się! - wykrzyczałam ze złością.
Panna Handern tylko popatrzyła się z pogardą i wyszła trzaskając drzwiami.
Ubrałam się pospiesznie w sukienkę po kolana - każda z wychowanków powinna nosić sukienki do kolan. Jeśli akurat są brudne, mogą raz w tygodniu ubrać się w ciuchy, które są wygodne. Ja już wykorzystałam tę szansę we środę.
Pośpiesznie zbiegłam po wąskich schodach i rozpędzona wpadłam w drzwi jadalni.
Otworzyłam je szybko - moje miejsce było zajęte!
Wszyscy jedli, jeden Alex zwrócił na mnie uwagę - jest to mój kuzyn, który również został oddany do sierocińca.
Usiadłam obok Diany, rzucając szybkie "Cześć".
Za oknem szalała wichura. Liście akurat zerwane przez wiatr latały wte i we wte.
***
Drzwi odezwały się głośnym skrzypnięciem. Weszłam do pokoju rzucając się na łóżko.
Nasz sierociniec to mroczne miejsce kryjące wiele tajemnic. Pokoje nie są wspaniałe, ale też nie są najgorsze. Łóżko z sosnowego drzewa odzywa się przy każdym poruszeniu się, biała kołdra w niebieskie kwiatki ma swoje miejsce w szafie, ale ja nigdy nie robię tego, jak należy. Biurko, również sosnowe ma dwie szufladki, na książki, zeszyty do szkoły. Cóż, u mnie i tak mają swoje miejsce na nocnej szafce...
Słońce zbliżało się ku zachodowi, rzucało jeszcze ostatnie promyki w stronę okna.
Delikatne promienie prześwitywały przez zielone firanki, cichły ostatnie głosy.
Teraz każdy ma czas dla siebie, zakaz wychodzenia.
W drzwi ktoś zapukał.
-O tej porze? - pomyślałam.
-Tu Diana.
Otworzyłam drzwi. Stała w nich rzeczywiście Diana, ale jakaś... dziwna.
Ubrana na czarno, blond włosy rozpuszczone (zwykle miała warkocz.)
Wsłuchałam się w ciszę wpatrując się w owe, dziwne zjawisko.
-Chodź ze mną - szepnęła mi prosto do ucha.
Czułam się, jakbym była zahipnotyzowana. Poszłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)