- Gdyby tylko była już wiosna... - szepnęłam cicho odsuwając delikatne, zielone firanki. Na dworze hulał wiatr, szarpiąc gałęzie, jak gdyby nie zdawał sobie sprawy, że może zaszkodzić ich pięknu. Westchnięciem wyraziłam szczerą niechęć. Nie chciałam, żeby kolejna sobota była nudna i zimna, żeby wiatr i deszcz zepsuł WSZYSTKO.
Rozgarnęłam ciemne włosy i związałam je w kształtny koczek. Zamknęłam na moment powieki zapominając o całym świecie. Nagle... pukanie.
- Słucham? - zapytałam nieśmiało.
- Rozalio! - krzyknął ktoś, a tym "ktosiem" była niejaka panna Handern. Myślała, biedna, że długie suknie są nadal w modzie.
- Słucham? - zapytałam już bardziej odważnie.
Drzwi otworzyły się z rozmachem, a w nich stanęła owa panna Handern w długiej sukni.
- Rozalio Deags! - powiedziała, a raczej krzyknęła. Krzyczała ciągle, miała pewnie już naciągnięte struny głosowe. - Czy panna Deags zdaje sobie sprawę, że cały sierociniec czeka na pannę w jadalni, czy panna zdaje sobie sprawę?!
- Nie, nie zdaję.- odwróciłam wzrok ku oknie.
- Mamy za dwanaście i pół roku wiek dwudziesty pierwszy, Rozalio. Powinnaś wiedzieć, że istnieją budziki.
- Szkoda tylko, że ten, który dostałam OD WAS, zepsuł się! - wykrzyczałam ze złością.
Panna Handern tylko popatrzyła się z pogardą i wyszła trzaskając drzwiami.
Ubrałam się pospiesznie w sukienkę po kolana - każda z wychowanków powinna nosić sukienki do kolan. Jeśli akurat są brudne, mogą raz w tygodniu ubrać się w ciuchy, które są wygodne. Ja już wykorzystałam tę szansę we środę.
Pośpiesznie zbiegłam po wąskich schodach i rozpędzona wpadłam w drzwi jadalni.
Otworzyłam je szybko - moje miejsce było zajęte!
Wszyscy jedli, jeden Alex zwrócił na mnie uwagę - jest to mój kuzyn, który również został oddany do sierocińca.
Usiadłam obok Diany, rzucając szybkie "Cześć".
Za oknem szalała wichura. Liście akurat zerwane przez wiatr latały wte i we wte.
***
Drzwi odezwały się głośnym skrzypnięciem. Weszłam do pokoju rzucając się na łóżko.
Nasz sierociniec to mroczne miejsce kryjące wiele tajemnic. Pokoje nie są wspaniałe, ale też nie są najgorsze. Łóżko z sosnowego drzewa odzywa się przy każdym poruszeniu się, biała kołdra w niebieskie kwiatki ma swoje miejsce w szafie, ale ja nigdy nie robię tego, jak należy. Biurko, również sosnowe ma dwie szufladki, na książki, zeszyty do szkoły. Cóż, u mnie i tak mają swoje miejsce na nocnej szafce...
Słońce zbliżało się ku zachodowi, rzucało jeszcze ostatnie promyki w stronę okna.
Delikatne promienie prześwitywały przez zielone firanki, cichły ostatnie głosy.
Teraz każdy ma czas dla siebie, zakaz wychodzenia.
W drzwi ktoś zapukał.
-O tej porze? - pomyślałam.
-Tu Diana.
Otworzyłam drzwi. Stała w nich rzeczywiście Diana, ale jakaś... dziwna.
Ubrana na czarno, blond włosy rozpuszczone (zwykle miała warkocz.)
Wsłuchałam się w ciszę wpatrując się w owe, dziwne zjawisko.
-Chodź ze mną - szepnęła mi prosto do ucha.
Czułam się, jakbym była zahipnotyzowana. Poszłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz