- Ciekawe, jak wyglądali moi rodzice? - zapisałam w pamiętniku.- Matka miała na imię Kordelia, całkiem ciekawie. Ojciec miał na imię Zachariasz, paskudne imię.
Nagle dało się słyszeć kroki na korytarzu, więc ciekawie wyjrzałam. Zauważyłam dwie idące postacie, jedna wysoka, w czerni,z jasnymi włosami, druga nieco niższa, chuda jak szapa. Czyżby Diana i Rozalia? Hm, nigdy o tej porze nikt nie chodził po tym starym budynku, chyba, że któraś z opiekunek.
- Cóż, skoro one wyszły, to i ja wyjdę.- i wyszłam.
Można byłoby powiedzieć, że je śledziłam. Poszły do łazienki.
Zamknęły się w niej.
- Przecież nie wejdę tam. Co one mogą tam robić? Może... może... Wiem! Popatrzę przez dziurkę od klucza.
Diana z szatańskim uśmiechem na ustach wyciągnęła coś z kieszeni w swoim płaszczu. Był to worek z białym prochem. Wiedziałam dobrze, co to...
Rozalia, jak zahipnotyzowana wzięła do ręki i schowała do kieszeni koszuli nocnej. Diana uśmiechnięta zaczęła iść w kierunku drzwi. Schowałam się za rogiem... ale za sobą usłyszałam kroki!
Szybko wbiegłam do łazienki. Rozalia jeszcze tam była. Podeszłam do niej chwytając ją za ramiona.
- Ogłupiałaś?!
- O co ci chodzi? - powiedziała z wyrzutem.
Potrząsłam nią. Już chyba zrozumiała.
-Chodź. - szepnęłam. Posłusznie poszła za mną. Dziwnie się zachowywała. Kiedy doszłyśmy do jej pokoju, weszłam tam razem z nią.
- Co dała ci Diana? - zapytałam, choć wiedziałam dobrze, co to było.
- To. - Rozalia pokazała mi worek.
Otworzyłam worek i wsypałam zawartość do kosza.
- Tak to się robi. - powiedziałam zimnym głosem. Nienawidziłam prochów. Podobno mój ojciec był uzależniony i dlatego zmarł.
Na dworze padał deszcz, wiatr szeptał cicho. Rozalia nic nie mówiąc zgasiła światło, a ja wyszłam. Na korytarzu... spotkałam pannę Handren.
- Co ty tu robisz, moje dziecko? - powiedziała szorstkim głosem.
Odrzuciłam do tyłu falowane włosy i zamrugałam powiekami. Usta miałam otwarte, a drobne ręce zaciśnięte w pięści. Nie zdołałam wykrztusić słowa, zazwyczaj wytłumaczyłabym się jakoś, ale teraz po prostu nie potrafiłam. Wiedziałam, że mi nie uwierzy w żadne kłamstwo, a prawdy oczywiście jej nie powiem.
- Do pokoju! - powiedziała przez zaciśnięte zęby wskazując kościstym palcem na drzwi mojego pokoju. Szybkim krokiem spełniłam jej polecenie i ze łzami w oczach położyłam się w łóżku.
- Boję się. żeby tylko nie wyciągnęła z tego konsekwencji, jak zawsze...
Błagam, tylko nie to!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz